Moje TOP10 gier na pierwsze PlayStation

W końcu się zebrałem i postanowiłem opisać tu swoje TOP10 gier na PSXa. Lista w kolejności alfabetycznej, dodam, że bardzo subiektywna. Zabrakło wiele kultowych gier, aczkolwiek ja, najwięcej godzin spędziłem z poniższymi tytułami.

Dopisek w 2018: Z TOP10, zrobiło się TOP15 jakoś w 2016, by na końcu znowu powstało TOP10, tyle że z chyba najlepszymi tytułami. Albo chociaż tymi najbardziej sentymentalnymi.

Ape Escape (1999)
Miałem demko z któregoś numeru PlayStation Magazynu. Katowałem je codziennie, po kilka razy, aż w końcu dorwałem się do pełniaka. I wprost nie mogłem się oderwać od tej kolorowej platformówki – ukończyłem ją kilka razy. Pierwsza (i chyba ostatnia) gra na PlayStation, która do odpalenia, wymaga Dual Shocka: lewą gałką sterujemy postacią, a prawą – wszelkimi gadżetami np. siatką na małpy… Dodatkowo okazało się, że pad reaguje na wciśnięcie gałek: tutaj postać czołga się i przy okazji muzyka się wycisza, co by można było po cichutku, zaczaić się na małpy. Właśnie – w tej grze chodzi o zbieranie małp, które ukryły się gdzieś na dwudziestu levelach. Jedne są wolne, inne szybkie i agresywne. Wraz z postępem w grze, zdobywamy jednak kolejne gadżety, ułatwiające nam „eliminację“ tych wrednych małp. Pamiętam, że w PlayStation Magazynie, zachwalali Ape Escape (ocenili chyba na 9), a w PSX Extreme, HIV w podsumowaniu, w „plusach“ napisał „pomysł“, a w „minusach“, „cała reszta za wyjątkiem grafiki“ i wystawił 5. W PSX Fanie z kolei, pod jednym screenem napisali coś w stylu „gdybym nie wiedział, że gram na PSXie, pomyślałbym, że to gra z Nintendo 64″.
Grę kupiłem ponownie po latach i okazało się, że wersja europejska, jest tak zabezpieczona przed piractwem, że nie działa na moim PS3. Zatem kupiłem PS2 i gram dalej, a lata lecą:)

Ape Escape (1999)

Przyczajka i za chwilę kolejna małpa złapana.

Apocalypse (1998)
Kiedy odpaliłem grę po raz pierwszy w ’99 roku, myślałem, że gra powstała na podstawie jakiegoś filmu, ale nie – Bruce Willis wystąpił w tym tytule ekskluzywnie, tylko na PlayStation.
Gra jest strzelaniną 3D z dość oryginalnym sterowaniem, które na początku wydaje się dość dziwne, ale po kilku minutach jest odpowiednie (strzelamy w różnych kierunkach za pomocą przycisków: x – dół, o – prawo itd.). Były to czasy, gdzie nie każdy miał DualShocka, więc gry, mimo, że były 3D, nie korzystały z obracania kamerą za pomocą prawej gałki. Kamera zmieniała się automatycznie: raz była bardzo blisko naszego bohatera, a czasem widzieliśmy tylko zlepek kilku pikseli. Co mi zapadło w pamięci to ścieżka dźwiękowa. W grze oprócz dobrej muzy ambientowej, słychać pełno kapel i nawet widać to na telebimach w kilku poziomach. Tutaj po raz pierwszy usłyszałem System of a Down i kawałek War. Potem w gimnazjum nawet się trochę SOADu słuchało – wszyscy jarali się wówczas teledyskiem Chop Suey, a tu dzięki gierce, znałem zespół trzy lata wcześniej:)
Czasy PSXa już dawno minęły, ale jakoś w 2012 roku, kupiłem gierkę ponownie, w idealnym stanie za jakieś śmiesznie tanie pieniądze – 40 zł za podróż do końca lat 90-tych. I tak przyznam, że gra dzisiaj wygląda dobrze (odpalam na tv CRT), nie straszy pikselami, a ścieżka dźwiękowa w ogóle się nie zestarzała. Mechanika gry, również nie zawodzi, są checkpointy, no i sejwy po każdym levelu.

Apocalypse (1998)

Pierwsza plansza w Apocalypsie.

Crash Bandicoot (1996)
Nieoficjalna maskotka PlayStation. Platformówek z Crashem było trzy części, ale łącznie wyszło pięć gier z „rudzielcem” na pierwsze PlayStation. I dlaczego akurat wybrałem tą pierwszą część? To proste, tutaj spędziłem najwięcej czasu. Nawet pisząc ten tekst, od razu przypomina mi się jazda na szalonym dziku (i nawet nazwę planszy pamiętam – Hog Wild:), czy pokonywanie bossa Papu Papu, czy most we mgle, czy nietoperze, przed którymi się chowaliśmy. Ech, chyba zaraz sobie włączę na pięć minut:)
Za bardzo nie mam co opisywać, bo chyba większość osób, która czyta ten tekst, grała w jakieś przygody Crasha. Jedynka wygląda bardzo ładnie, tła są prerenderowane, naprawdę musiało to powodować opad szczeny w ’96 roku. A ja wówczas grałem na Pegasusie w Super Mario! Takie zacofanie było w Polsce. No chyba, że ktoś miał rodzinę za granicą, to jakoś mógł mieć dostęp do nowszych konsol. Dzisiaj gra nie straszy grafiką, ale na pewno poziomem trudności. Jest megatrudno, a dodatkowo sejwy są tylko po zebraniu ukrytych znaczków. Nie ma czegoś takiego jak zapisanie stanu gry po każdej planszy. Jest za to system kodów (co w sumie było dość popularne w tamtych czasach), dla tych, co nie mieli kart pamięci.
Przejście gry na 100% było bardzo wymagające. Nawet zwykłe przejście jest bardzo trudne, a co dopiero na 100%. Podejrzewam, że gdyby dzisiaj zrobili remastera w HD i daliby osiągnięcie za zebranie wszystkich skrzynek, to chyba tylko garstka osób, mogłaby poszczycić się takim pucharkiem [tekst pisany jeszcze przed ogłoszeniem remastera na PS4/XOne – dopisek w 2018r].
Swój egzemplarz Crasha, miałem od kolegi, któremu dałem Colin McRae Rally. Ot, wymieniliśmy się „na zawsze“. I wiem, że to był dobry wybór, wszak Crash jest grą kultową. Szkoda, że Naughty Dog (developer czterech pierwszych części), nie pomyśli o reaktywowaniu tej serii [a jednak przeczytali ten tekst i wzięli to do serca – dopisek w 2018r].

Crash Bandicoot (1996)

Zebranie wszystkich skrzynek, graniczy z cudem.

Crash Team Racing (1999)
Czwarta część przygód Crasha, nie była wcale platformówką. Wiadome było, że będą to wyścigi. Padały domysły, czy będzie to rozbudowana wersja wyścigów, jakie były w trzecim Crashu (motyw na motorze). Nikt nie sądził, że wyjdzie konkurent dla kultowego Mario Kart 64 z sąsiedniego, nintendowskiego obozu. Myślę jednak, że po roku ’99, nie wyszło już nic godnego uwagi: jest Crash Team Racing i kolejne części Mario Kart. Inne wyścigi go-kartów nie istnieją.
Gra posiada tryb przygodowy, w którym mamy jakąś tam fabułę, ale także różne wariacje wyścigów: przejechać level w określonym czasie, zebrać trzy literki CTR, czy różowe kryształy (to jest najtrudniejsze: mamy mało czasu i kryształy poukrywane są w cholerę). Do tego dochodzi walka z bossami, których możemy potem odblokować w trybie dla dwóch graczy. U konkurencji tego nie ma, nawet dziś. Oj pamiętam, jak w ’99 roku leżałem w szpitalu i siostra oznajmiła mi, że przypadkiem skasowała sejwa (nie pamiętam jaki miałem procent ukończenia). Wyzywałem ją, potem zrobiło mi się głupio, że to tylko gra, a biedna siora przez te kilka dni ugrała prawie tyle co ja przez jakieś 2-3 tygodnie:/ No, ale było, minęło. Z siostrami (mam też drugą), czy kuzynami spędziliśmy sporo godzin w trybie multiplayer i to bez multitapa. Tego właśnie nie ma w dzisiejszych grach: przed telewizorkiem zasiada kilka osób i wszyscy grają w jednym małym pokoju, odpowiednio komentując. Teraz ma być wielka plazma, salon, bezprzewodowe słuchawki na łbie i granie w multi z graczami z całego świata. Tylko brak tu prawdziwych znajomych, tych z reala.
Jak dziś gra mi się w CTR? Wybornie:) Tak samo miodnie jak niegdyś, chociaż już nie jestem tak dobry, by dublować przeciwników. Skróty pamiętam, a o niektórych skrótach/glitchach dowiedziałem się niedawno na YouTubie. Tak, po 16-stu latach od premiery. Niektórzy może nie wiedzą, ale na forumku „PSX Extreme”, toczony jest turniej w Crash Team Racing.

Crash Team Racing (1999)

Dopiero w 2015 roku dowiedziałem się o pewnym skrócie/glitchu na tej planszy.

Fighting Force (1997)
Tej gry nigdy nie zapomnę. Nie dlatego, że widziałem ją w „13-stym Posterunku“ (bo nie widziałem, ale podobno tam była). Po prostu, to mój pierwszy… pirat. Tak, jest ’98 rok, mam oryginalne Porsche Challenge, Wipeouta i Demo One we fioletowym kartoniku. I nagle tato przyniósł z giełdy gierkę w zwykłym pudełku jak płyty Audio, tyle że firmy Verbatim. Wkładam do pleja, a tu odpalają się tylko dźwięki, coś nie działa. Minął tydzień, starszy znowu pojechał na giełdę – ochrzanić gościa, że sprzedaje jakiś bubel, że nie działa itp. Okazało się, że trzeba mieć przeróbkę i wtedy będą chodzić gry kupione za 15-20 zł, a nie oryginały za 229 zł (gdzie najniższa krajowa to wtedy było coś koło 500 zł – czyli jakby dzisiejsze gry chodziły po 6 stówek, przyjmując, że najniższa krajowa to dziś 1200 zł). I tak tato samodzielnie, według schematu, spiracił mi konsolę, pozbywając się gwarancji. Jednak był to solidny sprzęt, jak widniało na pudełku „Made in Tokio“, więc nie bałem się, że konsola padnie (nie to co dzisiejsze YLODy, czy inne RRODy).
Fighting Force, to chodzona nawalanka, tyle, że w 3D. Na automatach dzieciaki grały w dwuwymiarowego Punishera, czy Cadillaci i Dinozaury, a w domu miałem coś znacznie lepszego. Cztery postacie do wyboru, obsługa dwóch graczy jednocześnie, pałki, pistolety, wyrzutnie rakiet – czy trzeba czegoś więcej? Ukończyłem kilka razy, chociaż z tego co sobie przypominam, nie miałem na początku karty pamięci, ale gra i tak chyba nie pozwala zapisywać postępu. Na szczęście (?) jest dość krótka i z tego co pamiętam nie jest liniowa.
Z ciekawostek: muza z planszy w mieście, pojawiła się jako tło w „śmiesznych“ mp3-ójkach grupy o nazwie Huta’99. Może ktoś pamięta? I jako druga ciekawostka – jest to gra twórców kultowego Tomb Raidera.

Postać Hawka posiada mały błąd, pozwalający czesać megakombosy. Dziś pewnie by to załatali w którymś z patchy.

Postać Hawka posiada mały błąd, pozwalający czesać megakombosy. Dziś pewnie by to załatali w którymś z patchy.

Metal Gear Solid (1998)
Nie pamiętam już, jak stałem się posiadaczem MGSa, ale bodajże któregoś razu tato z giełdy przywiózł grę na dwóch płytach, co było nowością. Jednakże mi – dziesięciolatkowi, ta gra jakoś się nie spodobała i za jakiś czas gość wymienił mi ją na… Abe’s Exoddus. Jednakże z jakichś względów ta gra mieści się w moim TOP10. Może dlatego, że w późniejszym okresie katowałem demo 3/99 z PlayStation Magazynu? A może po prostu musiałem „dojrzeć” do przygód Snake’a?
Demko kończyłem dziesiątki razy, ale tylko raz udało mi się przejść pełną wersję – i to na emulatorze. Po latach pojawiła się jednak chęć posiadania kultowej gry i za jakieś 150 zł stałem się posiadaczem tejże gry.
O samej grze za dużo nie mogę napisać, ponieważ… zapomniałem co tam dokładnie było i chyba niedługo będę musiał nadrobić zaległość.

Pamiętacie motyw z pukaniem w ścianę, co by odwrócić uwagę przeciwnika? Ta adrenalinka, kiedy gość zbliżał się w naszą stronę...

Pamiętacie motyw z pukaniem w ścianę, co by odwrócić uwagę przeciwnika? Ta adrenalinka, kiedy gość zbliżał się w naszą stronę…

Porsche Challenge (1997)
Nie chcę się powtarzać i pisać po raz kolejny, jak to we wrześniu ’98, tato przyniósł do domu karton z PlayStation, mama oderwała się od obierania ziemniaków i powiedziała:
– Ty zwariowałeś? Po coś to kupił?
– Wziąłem na próbę.
Nie wiem, co miała znaczyć ta „próba”, bo konsola została ze mną już do końca, odmieniając moje życie (towarzyskie to na pewno). Wróćmy jednak do odpalenia samej gry, towarzyszyły nam wtedy niezwykłe emocje. Przecież jeszcze w tym samym dniu grałem na 8bitowym Pegasusie w Mario, czy The Addams Family, a chwilę później nie wiedziałem co się dzieje na ekranie telewizora. Pierwsze co rzuciło się w oczy, to trójwymiarowa grafika. Modele Porsche wyglądały wprost obłędnie. Plansza dosłownie tworzyła się w oczach (co było związane z ograniczeniami konsoli, ale nikt wtedy o tym nie myślał). Co nas zdziwiło, to to, że postacie mówiły. Jak to tak – nagrali głosy postaci? Tego nie było na grze telewizyjnej. I co jeszcze dziwne, to wibracje – myśleliśmy, że losowo się włączają. A kamera? Wszyscy chcieli grać, graliśmy po parę sekund i podając pada, zmieniała się kamera (przypadkowo wciśnięty L2, albo R2 – przycisk do zmiany kamery). Tutaj też pojawił się syndrom przesuwania padem. Skręcasz w lewo? Od razu cały pad podnosisz w lewą stronę, jakby to miało jakieś znaczenie.
Gra pozwala też toczyć rozgrywkę z drugim graczem, na podzielonym ekranie. Przyznam, że byłem najlepszy z grających w domu, ale też siedziałem najdłużej przed konsolą. Czasem musiałem trochę zwolnić, by młodsza siora wiecznie nie przegrywała:), co ją odpychało od grania.
Sama gra dziś wydaje się strasznie biedna – jeden model Porsche Boxstera, w kilku wersjach kolorystycznych. Trasy były cztery, ale i w lustrzanym odbiciu i z włączonymi alternatywnymi przejazdami – co dawało nam 12 plansz. Gra w rzeczywistości była średniakiem już na starcie, tyle że ja po przesiadce z Pegasusa, nie potrafiłem jej obiektywnie ocenić. I dzisiaj też chyba nie potrafię, po 17 latach od pierwszego uruchomienia. A w dodatku właśnie zobaczyłem cheaty na stronce Gamefaqs i najwyraźniej będę musiał je przetestować w niedalekim czasie. Wszak prasę grową, zbierałem od ’99 roku i o tym, że do Porsche Challenge są kody, nie wiedziałem. Szkoda, że w dzisiejszych grach nie ma kodów, są za to płatne DLC.

Auta różnią się chyba tylko kolorem, tras mało, ale i tak bawiło mnie to lepiej, niż dzisiejsze tytuły.

Auta różnią się chyba tylko kolorem, tras mało, ale i tak bawiło mnie to lepiej, niż dzisiejsze tytuły.

Tekken 3 (1998)
Tekkena dostałem w grudniu ’98 roku pod choinkę, był to mój któryś tam pirat. Czujecie? Gierka za 20 zł, a ja nie mogłem wytrzymać ze szczęścia. Chyba już żaden kolejny prezent nie wywoła u mnie takiej radości, jak płytka Verbatim podpisana „Tekken 3″.
W salonie gier, do którego często chodziłem, były gry takie jak Die Hard Arcade, Metal Slug, Killer Instinct, czy Tekken 2. Była tam część druga Tekkena, a w domu miałem część najnowszą i to rozbudowaną o nowe tryby. Oj pamiętam jak mnie kumpel z klatki zapraszał do siebie na jakiegoś starego kompa (odpalał Mario Bros na małym czarno-białym ekranie), a potem chciał, żebym ja zapraszał go na Tekkena 3:).
Na początku nie miałem karty pamięci i jakoś tak trochę dni minęło, aż odkryłem, że po przejściu Arcade Mode odblokowują się kolejne postacie. A przechodząc wspomniany tryb, na końcu mogliśmy zobaczyć bardzo ładne filmiki FMV. Wiadomo, gra właściwa też miała bardzo ładną grafę, ale były to jednak czasy, gdzie filmiki FMV był standardem, a i tak oglądało się je z wypiekami na twarzy.
Na pirackiej wersji, niestety nie mogłem odblokować ostatniej z postaci – miał ktoś ten sam problem? Z pomocą jednak przyszedł kolega, który pożyczył mi oryginał. Odblokowałem postać i mogłem grać dalej na swojej wersji. Po paru miesiącach odkryłem, że niektóre postacie mają trzeci stój do wyboru. Wydaje mi się, że ciągle dowiadywałem się czegoś nowego, jeszcze w czasopismach były odpowiednie kąciki z ciosami, czy innymi ciekawostkami, co tylko zachęcało do ciągłej gry. Nie tak jak dzisiejsze tytuły – gierkę przejdziesz w 8 godzin, odkładasz na półkę/sprzedajesz/kasujesz. W Tekkena grało się latami. Do dziś jest to dla mnie najlepsza bijatyka, przy której spędziłem najwięcej godzin.

Ile ja tu godzin przegrałem? Może i z tysiąc będzie, jak nie więcej.

Ile ja w to godzin przegrałem? Może i z tysiąc będzie, jak nie więcej.

Tony Hawk’s Pro Skater 2 (2000)
Gra, która zachęciła mnie do skateboardingu. Niestety, skończyło się tylko na oglądaniu trików na Eurosporcie. Znałem część pierwszą z demówki PlayStation Magazynu i kiedy dowiedziałem się, że wyszła „dwójka“, musiałem ją mieć w ciemno.
Część druga jest moim zdaniem najlepsza z wszystkich, czterech części jakie wyszły na PSXa. Grafika uległa poprawie, co do poprzednika, a także wprowadzono manuale – czyli płynne przejścia między trikami, czy dodano edytor plansz, czy tworzenie własnego skejta. O tym, że gra nie jest symulatorem jazdy na desce, to wiadomo. Ale właśnie ten arcade’owy model jazdy przypadnie każdemu do gustu. Jak oni to zrobili, że sterowanie jest takie genialne i pozwala nam czesać milionowe triki, podczas gdy jakiś czas temu wyszedł remaster (PS3, Xbox360) i czegoś w nim zabrakło. Niby grafa w HD, ale sterowanie jakieś do dupy.
Wróćmy jednak do tej wersji z 2000 roku. W grze chodziło o zaliczenie odpowiednich zadań, typu zgarnięcie literek SKATE, znalezienie ukrytej kasety, czy zebranie określonej liczby punktów za triki. Oczywiście każda z planszy miałą swoje dodatkowe zadania i tak np. w szkole, trza było znaleźć i rozwalić pięć dzwonków. Plansza Hangar, czy Szkoła utkwiły mi w pamięci, z siorą sporo godzin przegraliśmy w coopie, na podzielonym ekranie. O swoich, własnoręcznie tworzonych levelach nie wspomnę.
Na ścieżkę dźwiękową trzeba poświęcić osobny akapit. Soundtrack, który wywoływał wówczas u mnie ciary: jest tu i hip hop i rock i metal. Rage Against The Machine, Papa Roach, Bad Religion… Nie miałem Internetu, kapele poznawało się, albo przez znajomych, starszych kuzynów, albo przez gierki takie jak seria Tony Hawk. Chociaż i wtedy w telewizji jeszcze można było spotkać muzykę na MTV, czy VIVIE.
Dzisiaj grafika może trochę zbrzydła, ale fizyka jazdy jest lepsza niż w „piątce“ wydanej w 2015 roku.

W lokalnym salonie gier, był turniej na Dreamcastach (żeby było trudniej) i zajałem piąte miejsce:)

W lokalnym salonie gier, był turniej na Dreamcastach (żeby było trudniej) i zająłem piąte miejsce:)

WWF SmackDown! 2: Know Your Role (2001)
Jest piątek, 21:30, październik 2015 i właśnie kupiłem ten tytuł na Allegro. Spędziłem z nim sporo godzin, a dziś można go wyrwać za dwie dyszki, więc czemu nie?
SmackDown 2, to wrestling z dość prostymi ciosami, gdzie nawet osoby nie grające na co dzień, po chwili czują się jak ryby w wodzie:). Wszelkie rzuty wykonujemy kółkiem + kierunek, wszelkie uderzenia wykonujemy iksem + kierunek. I wszystko dodatkowo zależy od tego, czy stoimy z przodu, czy z tyłu, czy przy leżącym przeciwniku – wtedy cios wygląda inaczej.
Szkoda, że nie miałem multitapa w tamtych czasach, bo w jednym, małym pokoju zbierało się nas całe grono. Miałem część pierwszą, ale to „dwójka“ jest znacznie bardziej rozbudowana, z polepszoną grafą i większą liczbą fajterów. A już nie wspomnę o tworzeniu własnego wrestlera. Przy tym trybie można spędzić i parę godzin, ale efekt końcowy jest zdumiewający. Pamiętam, że stworzyłem i siebie, a nawet postacie z Tekkena 3. Nie wspomnę o tworzeniu laski, która miała majtki i stanik, koloru skóry, co działało wówczas na wyobraźnie, piątoklasisty:)
Gra wyciska całą moc z szaraczka – jak widziałem na widowni ludzi z transparentami, zoomy na twarzy naszych wrestlerów, to nie chciało mi się wierzyć, że gram na PSXie. Jeszcze w tej części, można było zejść z ringu i walczyć np. w szatni, korzystając z dodatkowej broni jakim było krzesełko, czy inne pałki. Jeden poziom utkwił mi w pamięci, z ładnie wyglądającym dywanem, który wyglądał, jakby go developer potraktował antyaliasingiem, co przecież na PSXie było nie możliwe.
Dziś chciałbym usiąść przed telewizorem kineskopowym (to ważne:), wraz z rodziną, czy znajomymi i odpalić ten tytuł. W końcu sprawiłem sobie multitapa i moglibyśmy zagrać wszyscy. Tylko w sumie czasy się zmieniły i prócz mnie, reszta już nie gra. A drugi problem, to skompletowanie naraz tylu osób jednocześnie. No nic, pozostaje mi czekać na listonosza z gierką.

WWF SmackDown! 2: Know Your Role (2001)

Szkoda, że dzisiejszych czasach, zmienili tak sterowanie w tej serii.

Tak właśnie wygląda, moje TOP10 gier na PSXa. Jest to baaardzo subiektywna lista. Zabrakło wiele tytułów, takich jak np. Chrono Cross, Silent Hill, Resident Evil 2, Rollcage, Duke Nukem – Time to Kill, Tomb Raider III, seria Oddworld, WipEout i wiele więcej. Naliczyłem z 50 gier, które muszę mieć i być może kiedyś rozbuduję ten tekst o kolejne 40 tytułów:)
Ale z tymi tytułami powyżej, spędziłem najwięcej godzin. Niektóre z nich to tytuły dość niszowe, kosztujące dziś 2-3 dyszki i w sumie dobrze, że akurat najbardziej ograłem takie tytuły, a nie te, które dziś kosztują po 200-300 złotych.